Był seniorem, Władysławem Lubiczem w serialu „Klan”, a po drodze odtwórcą wielu ról filmowych i teatralnych. Najmłodsza widownia zapamiętała aktora z programu telewizyjnego „Piątek z Pankracym”. Zygmunt Kęstowicz zmarł w Warszawie, w wieku 86 lat.
Aktor urodził się w 1921 roku w Wilnie i w tym mieście spędził lata młodzieńcze. Tam zresztą debiutował w 1940 roku na deskach miejscowego teatru. A tuż po wojnie znalazł się w Białymstoku.
- Było to pierwsze miasto, w którym wraz z żoną wysiadłem w 1945 roku z pociągu repatriacyjnego jadącego z Wilna wspominał po latach…. Wraz z nim wysiedli inni artyści wileńscy – Igor Śmiałowski, Hanka Bielicka, Mieczysław Dowmunt, Jerzy Duszyński, Czesław Wołłejko. I zostali w Białymstoku na rok, przed dalszą wędrówką do centrum Polski. Wszyscy byli młodzi i pełni zapału do gry.
Potem Kęstowicz grał w teatrach Krakowa, a na początku lat 50. znalazł się w Warszawie. I choć centrum miasta było wtedy zniszczone, teatr wnet zaczął działać. Kęstowiczowie, Bielicka i Śmiałowski od razu po przyjeździe zagrali w komedyjce „Przyszywana siostra”. Grali w sali przedwojennego kina Świat obok Katedry. Wszyscy stanowili wesołą grupę, a na spektakle publika waliła drzwiami i oknami.
Zygmunt Kęstowicz powtarzał w wywiadach, że „nie narodził się na aktora”. Ale od początku miał z tym zawodem bliskie kontakty, których niejeden mógłby mu pozazdrościć.
- Rzeczywiście, aktorstwo wciąż koło mnie krążyło – zwierzał się artysta – chociaż rodzice pragnęli dla mnie kariery prawnika. Duży nacisk kładli na wykształcenie. Od dziecka uczyłem się języków – francuskiego, angielskiego. Miałem studiować najpierw na uniwersytecie gdzieś w Polsce, potem w akademii w Paryżu. Plany pokrzyżowała wojna. I nagle okazało się, że było mi pisane aktorstwo. Wszedłem w środowisko, które wcześniej podziwiałem na scenie i w domu. A bywały u nas takie znakomitości, jak Malicka czy Osterwa. Najlepsze polskie teatry przyjeżdżały na występy do Domu Ludowego, gdzie działała bardzo porządnie zorganizowana scena. Kiedyś śpiewał na niej także chór Dana, którego gwiazdą był Mieczysław Fogg…
„Piątek z Pankracym” czy „Pora na Telesfora” to były programy, którymi zdobył telewizyjną, najmłodszą widownię.
- Przeżyliśmy kilkanaście lat. Pankracy bardzo pomagał mi nawiązać kontakt z dziećmi siedzącymi przed telewizorem i tymi, z którymi spotykałem się w szpitalach, aby pomagać małym pacjentom w niełatwych chwilach.
Aktor założył zresztą fundację „Dać Szansę”, dzięki której przy Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Warszawie działał rehabilitacyjny ośrodek dla upośledzonych dzieci. Niechętnie przyjmował role filmowe, co wynikało poniekąd z faktu, że zdobył wykształcenie aktorskie, zdając egzamin eksternistyczny w 1946 roku, więc dlatego o propozycjach zagrania w filmie mówił tak:
- Wyszedłem ze szkoły, która nie toleruje nieprzygotowanego aktora. Na szczęście reżyser i scenarzysta zgodzili się, żebym mówił w niektórych przypadkach kwestie własnymi słowami. Jedynym filmem, w którym przygotowanie do roli trwało odpowiednio długo, była „Baza ludzi umarłych”. Każdy z aktorów tam grających wziął urlop w teatrze. Kilka tygodni spędziliśmy w górach, dojeżdżając codziennie 24 km po ośnieżonych krętych drogach na plan. Wytworzyła się atmosfera prawdziwej bazy. Zdjęcia trwały długo, bo kręciliśmy w zimie, w naturalnym świetle, więc po 2-3 godzinach trzeba było je kończyć.
Za swoją pracę był wielokrotnie nagradzany, m.in. w 1976 r. otrzymał Złoty Ekran za udział w telewizyjnym programie „Pora na Telesfora”, a w 1955 r. marszałek Sejmu i Senat uhonorowali artystę Orderem Wdzięczności za wspaniałą kreację Stefana Jabłońskiego w powieści radiowej „W Jezioranach”.
Ignacy Gogolewski na wieść o śmierci Zygmunta Kęstowicza powiedział: „Zagrał wiele świetnych ról. Po raz pierwszy zobaczyłem go w spektaklu Teatru Polskiego w Warszawie pt. „Mądremu biada”. Bardzo dobrze znałem go także prywatnie. To bardzo smutna wiadomość”.
Autor artykułu: Janusz Świąder